Polski generał podarował mongolskiemu żołnierzowi „cyfrowy aparat fotograficzny wysokiej jakości” za to, że roztropnie zastrzelił dwóch irackich… bojowników? terrorystów? … zanim ci wysadzili w powietrze siebie i całą okolicę. Na świecie jest wojna. Czy jakąkolwiek wojnę w ogóle da się wygrać? Pewnie nie, ale o cyfrowy aparat fotograficzny w Mongolii niełatwo, dlatego chłopak niedługo znowu kogoś zastrzeli. Potem wróci na pustynię Gobi, znajdzie sobie dziewczynę i będzie jej robił zdjęcia. Chyba, że wcześniej ktoś wysadzi go w powietrze razem z jego nowym aparatem. Myślę o ludziach sukcesu. Hitler, Stalin, Mao czy Bonaparte, każdy z nich miał swój własny, oryginalny pomysł na lepszy porządek świata i tak zwaną siłę przebicia. Dlatego przeszli do historii, a miliony siłą przebitych – do statystyk. Czy Osamie i Georgowi nie chodzi w gruncie rzeczy o to samo? Jeśli tak, to świat nie jest do naprawienia, tylko do wymiany, a do historii tym razem przejdziemy wszyscy, jako gatunek. Mam nadzieję, że żartowałem.
Tymczasem nakręciliśmy klipa do „Małgochy”. Scenariusz, reżyseria i realizacja – Radek i Michał Zielińscy. Moim zdaniem jest pięknie, zwłaszcza biorąc pod uwagę budżet, znacząco skromniejszy niż w przypadku „Władcy pierścieni”. Za parę dni pojawi się na stronie, to sobie obejrzycie. Chwilowo powiem tyle, że nie da się mu zarzucić nadmiaru optymizmu. Co chwila dostaję sygnał, że ktoś gdzieś kupił płytę. Zdarzają się nawet zadowoleni! Niestety, na ogół kupujecie po jednej, a tak prosiłem – weźcie chociaż po dziesięć! Panowie, zbliża się 8 marca, na pewno każdy z Was zna co najmniej dziewięć kobiet (jedną sobie zostawcie)!… Powoli zamieniam się w amłejowca (jak pięknie wygląda ten słowotwór!), ale życie nie pozostawia mi wyboru. Jestem albowiem człowiekiem wszechstronnie zadłużonym. Bank udzielił mi kredytu, dlatego mniej więcej w połowie kwietnia przenoszę się do starej, dobrej, radioaktywnej, postpeerelowskiej Wielkiej Płyty, którą mam nadzieję spłacić na krótko przed śmiercią ze starości. Oczywiście wszystkich Was zapraszam na parapetówę, przezornie nie podając adresu – wykonaliście jak dotąd ok. 2000 wejść na tę stronę (dzięki!) i nie mam pewności, czy strop mojej wielkopłytowej norki dałby radę unieść Was wszystkich naraz. W każdym razie Wasze Zdrowie! - Łysy
|
Płyta wychodzi za pięć dni. Widziałem już nawet na jakimś słupie plakat z moją osobistą twarzą. Trochę pomarszczona, ale od biedy się trzyma. Słupa. Co jakiś czas, przerzucając kanały trafiam na powtórkę „Czterdziestolatka”. W życiu bym nie pomyślał, że ten tytuł będzie mnie kiedyś dotyczył. A będzie – od siedemnastego maja, co ujawniam na wypadek, gdyby ktoś chciał mi wręczyć prezent, a nie wiedział kiedy. Ponieważ nie mam żadnego pomysłu na cokolwiek co przypominałoby felieton, pozwólcie że skupię się na liście prezentów na których zależy mi najbardziej. Uwaga:
- dom wolnostojący, murowany, na działce nie większej niż 1000 m. kw., Malediwy, blisko plaży.
- dwa bilety lotnicze (lecę z Martą) tamże, mogą być w jedną stronę, klasa ekonomiczna – nie chcę nikogo naciągać, choć z drugiej strony czterdzieste urodziny obchodzi się raz w życiu.
- prosta, maximum 6-osobowa łódź rybacka (może być po remoncie) z silnikiem (wystarczy 50 KM i, jeśli mogę zasugerować, raczej nowy, bo na mechanice się nie znam).
- nieduże auto terenowe, jakiś japończyk, choć wolałbym jeepa wranglera. Oczywiście, jeśli przychodzi Wam do głowy porsche cayenne, to proszę się nie krępować.
- coś na moskity
I to właściwie wszystko. Myślałem jeszcze o akwalungu, ale z butlą nie wpuszczą mnie do samolotu. Zakładając odważnie, że to co tutaj piszę przeczyta nie mniej niż pięć osób, spokojnie czekam na rozwój wypadków. Wy też się nie denerwujcie – do maja jeszcze kupę czasu. Niektóre z tych prezentów oczywiście trudno wręczyć, ale jeśli chodzi o dom, to wystarczy mi potwierdzony notarialnie akt własności. Łódka i samochód też niech raczej czekają na miejscu. Nie zapomnijcie też o dołączeniu aktualnych adresów – będziemy Wam z Martą wysyłali kartki w każde święta. I jeszcze jedno – wybór pozycji z listy ustalcie wcześniej między sobą – na cholerę mi pięć domów, czy pięć puszek muchozolu. Ściskam. - Łysy
No to mam tę swoją płytę. W zeszły piątek wpadła mi w ręce, dlatego w sobotę i niedzielę zajmowałem się konsumpcją, a dzisiaj spokojnie leczę kaca. Spokojnie, bo płytka naprawdę nieźle wygląda. Lista osób, z którymi powinienem oblać jej powstanie jest tak długa, że poważnie zastanawiam się nad wykupieniem rocznej produkcji warszawskiej wytwórni wódek „Koneser”. Tymczasem z pomocą wielu z nich kombinuję, co zrobić, by ideały się nie sfajdały i żeby usłyszało o nich jak najwięcej osób. O dziwo, coś z tego wychodzi. Parę gazet napisało, dobrzy ludzie do audycji zapraszają, a za tydzień kręcimy klipa do „Małgochy”. Nawet swojego własnego czata miałem – tu niski ukłon przed paniami z Wirtualnej Polski w podzięce za życzliwość i wyrozumiały profesjonalizm, z jakim przekładały mój lekko stremowany bełkot na zdania złożone. Ale, ale – ja tu ciągle o sobie, a przecież chciałem o wybitnych postaciach medialnych, tudzież najjaśniejszych gwiazdach szołbizu krajowego wspomnieć. No, to wspominam. Program był Ewy Drzyzgi, a gwiazdy były dwie, to znaczy było więcej, ale tylko dwie ujęły mnie swym niewymuszonym wdziękiem i prostotą. Edyta G. i Michał W. im było. Obie cierpią na nadmiar zainteresowania. W kółko za nimi łazi niejaki paparazi. Gwiazdy unikają go jak mogą. Wynajdują coraz to nowe techniki kamuflażu, takie jak sesja w „Playboy’u”, czy wbijanie sobie w pępek gwoździa przed kamerą. Wszystko to dla chwili prywatności, czego ten cyniczny debil paparazi niby to nie pojmuje. A wziąłby tak raz i pojął, co? Gwiazdy by miały spokój, ja bym odpoczął od piosenki o sępie… Przymykam oczy i marzę. Trzeba ogolić nogi – mogą zadzwonić z „Playboy’a”.
- Łysy
Aha, jakbyście byli gdzieś w pobliżu, to 14-go lutego gram z Kisielem w Łodzi w „Zapiecku”, a 26-go (to jeszcze do potwierdzenia) we Włocławku w pełnym składzie. Wpadajcie, będzie wesoło.
|
|