Mówił mi policjant że jak coś pierdolnie, to raczej nie w metrze czy na dworcu, bo to już było, więc raczej może jakieś centrum handlowe. Pasowałoby, bo właśnie otwierają nowe, przy Dworcu Gdańskim, podobno największe w Europie. Ale szukać trzeba wszędzie, dlatego twarz policjanta nie wyrażała niczego prócz znużenia po, jak mówił, dwunastu godzinach rutynowych kontroli. Podobno ludzie, nawet jak zmiętą torebkę po hamburgerze na ławce zobaczą, to dzwonią i mówią że jest bomba. No i trzeba ją rozbrajać. Ostatecznie komputer w radiowozie potwierdził brak naszych powiązań z Al Kaidą, choć jechaliśmy czarnym vanem na niemieckich tablicach, ja łysy jak bojownik o czystość rasy, kolega ciemnooki, szpakowaty brunet w militarnej kurtce, do tego z dziwnym paszportem. Międzynarodówka kretynów. Odjechaliśmy z poczuciem ulgi, która nie wiadomo skąd się wzięła, bo przecież cała sytuacja była w zasadzie komiczna. I tyle. Kolega wrócił do Niemiec, ja nie wyłączam telewizora i śledzę wiadomości. Zakupy w hipermarkecie odłożyłem na późniejszy termin.

A w ogóle to trochę mi głupio, że tak ni z gruchy ni z pietruchy najechałem ten cały Irak. Nie sam – wy też, jak byście nie wiedzieli. Zajęliśmy nawet spory kawałek, tyle że mało roponośny chyba, bo napęd do mojej beczki już po trzy zyle za litr i dalej rośnie. Jak byśmy zajęli Grenlandię, to pewnie lody by zdrożały.

Przeglądam tygodniki. Terror, Lepper, choroby psychiczne, przemoc w rodzinie, narkomania, w zanadrzu najazd antyglobalistów, czyli jest wesoło, a będzie jeszcze bardziej. Fascynujące przenikanie się kultur, ogólne keine grenzen. Kaczyński sprzedaje Pałac Kultury, pod Domem Partii rośnie palma, a podpoznańscy chłopi wychłostali kukłę Millera. Wielkopolska krainą voo doo. I zagrychoo.

No, a co poza tym? Za parę tygodni wchodzę do Europy, bo jeszcze nie byłem. Uczucia mam mieszane i może bym się nawet wycofał, ale zaproszenie opłacone, kasa nie zwraca, więc wyjścia w zasadzie nie ma. Nie ma też pewności co do programu. W pierwszym lepszym cyrku dostałbym jakiś program, a w tym nie. Organizator niczego nie może obiecać i nawet nie próbuje. Zresztą pewnie i tak bym niczego nie zobaczył, bo miejsce mam do dupy, więc co za różnica, jak zamiast tresowanych słoni dadzą oswojoną wiewiórkę? Podobno świeżo zaproszony musi nawet z początku robić za konia. No, to się im zrobi. Trojańskiego.

- Łysy

Komentarze (0)
Napisz komentarz
Your Contact Details:
Komentarz:
:D:angry::angry-red::evil::idea::love::x:no-comments::ooo::pirate::?::(
:sleep::););)):0
Security
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved."